Jako osoba półkrwi rosnę prędzej fizycznie i emocjonalnie, co oznacza, że wyprzedzam ' podstawowy ' rozwój człowieka. Potrafię rozumować lepiej, niż osoba pełnoletnia. Szybciej się uczę, mam o wiele lepszą pamięć niż moi rówieśnicy. Bardzo brakuje mi kontaktów ze światem ludzi. Na czas obecny żyję w otoczeniu stworzeń z dawnych legend: mianowicie wampirów i wilkołaków. Często prosiłam Bellę o pozwolenie na kontynuowanie nauki w szkole podstawowej, lub chociaż gimnazjalnej, jednak mama nawet nie chce o tym słyszeć. Protestuje, iż istnieje ryzyko, że nie zapanuję nad swoim pragnieniem i prędzej Forks straci na populacji, niż wytrzymam całe czterdzieści pięć minut w ławce. Oczywiście myli się, jednak nie mam sumienia aby się z nią spierać. Edward również rozkłada bezradnie ręce w tej sprawie, chociaż w innych przypadkach ma decydujący głos. Proszenie wszystkich Cullen'ów o wstawiennictwo za moją propozycją nie wchodzi w grę. bo dlaczego ma dojść do awantur z tak błahego powodu?
Od trzech miesięcy Alice, Esme, Rosalie oraz Carlisle udzielają mi prywatnych lekcji, naturalnie w tajemnicy przed Bellą. Najbardziej podoba mi się godzina spędzona z... tak, tak, nie ma się co oszukiwać. ...godzina spędzona z dziadkiem. U niego zdobywam informacje o ciele człowieka, wampira i wilkołaka. Mam nieco rozszerzone lekcje biologii, niż w typowych szkołach, ale nie mam nic przeciwko temu. Dziadek Carlisle w interesujący sposób mówi o budowie naczyń krwionośnych, bądź ciekawie wypowiada się na temat, dlaczego wampiry nie muszą oddychać. Potrafię na palcach jednej dłoni wyliczyć różnice między organizmami śmiertelników, czy ' zimnych ludzi '. Mój chłonny umysł zapamiętał każde słowo wypowiedziane przez Carlisle'a. Czasami narażam się na zdradzenie Belli o prywatnych korepetycjach, kiedy rozpowiadam się na temat diety wampirzej. Mama również jest bardzo zdumiona, kiedy opisuję wartości odżywcze pumy, wiewiórki oraz łosi... Jednym słowem rzecz biorąc : Carlisle jest najlepszym nauczycielem, jakiego dotąd spotkałam.
Jednak botanika oraz zoologia z Esme, matematyka z Rosalie, chemia i fizyka z Alice również bardzo dobrze się spisują na moje wysokie wymagania. Do nikogo nie mam zarzutów, a każdy przedmiot pojmuję w mig. Nie mam z niczym problemu, a każdą nową informację dokładnie notuję w pamięci. Jednak do mojego nieistniejącego dziennika Emmett zawzięcie stawia oceny niedostateczne z wychowania fizycznego. Nigdy nie mogę za nim nadążyć. Mimo, że prześcignęłabym najlepszego biegacza, to wyjątkowo moja szybkość nie może równać się z wampirzą prędkością. Codziennie poszerzam swoją wiedzę i przygotowuję się w licealne progi, które w przyszłym czasie wywalczę sobie za najwyższą cenę.
Jednak prywatne zajęcia nie rozwiązują jednego problemu. Nadal nie utrzymuję znajomości z ludźmi. Alice oraz Rosalie są, rzeczywiście bardzo przyjacielskie, jednak nie wypełniają drobnej dziury w moim sercu. Taką łatką, która stanowi prowizoryczny opatrunek na ranę jest Jacob. Kiedy mam kiepski humor, podtrzymuje mnie na duchu. Uczestniczy w moim życiu od kiedy sięgam pamięcią. Jeszcze, gdy nie opuściłam łona matki, rozpoznawałam jego głos. Reagowałam na ten miękki, gładki baryton, jakby ktoś zwracał się do mnie po imieniu. A gdy ujrzałam go pierwszy raz, moje serce aż skakało z radości na jego widok.
- Renesmee? - głos taty wyrwał mnie z zamyślenia. Odłożyłam odtwarzacz MP4 i próbowałam zamaskować swoje ostatnie wypowiedzi umysłu. Przed Edwardem nie mogłam mieć zadnych tajemnic, jednak w bezskuteczny sposób dbałam o własną prywatność. Całe szczęście, że mam takiego tatę, który to szanuje. Przysiadłam na brzegu materaca, zsuwając koc z kolan.
- Tak? - zapytałam, zakładając na wymięty T-shirt górny element dresu.
- Alice do ciebie przyszła. Chce z tobą pogadać na osobności. - nim skończył mówić, czarnowłosa postać zmaterializowała się u jego boku. Edward spiorunował siostrę wymownym spojrzeniem, jednak zupełnie go zignorowała. Wypchnęła tatę za drzwi, po czym usiadł na pufie obok stolika wyjmując plik dokumentów. Przez dłuższy czas notowała coś na białej karcie, a uśmiech nie znikał z jej twarzy. Czyżby Alice zachciało się testowac moją cierpliwość, którą w niezwykle małej dawce odziedziczyłam po Belli?
- Dobra, skończyłam. Zobacz, czy nie zrobiłam błędu. - zaśmiała się, podrzucając mi koszulkę z główną kartą. Spojrzałam na nią niepewnie, jednak kazała mi się zabrać do czytania jednym gestem ręki. Kiedy tylko ujrzałam nagłówek " FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY DO PRYWATNEGO LICEUM W NOWYM JORKU " serce podskoczyło mi do gardła. Dodatkowo nie mogłam uwierzyć w widoczny podpis Belli. Jeszcze raz przeniosłam wzrok na cztery słowa napisane w wyznaczonym polu, jednak nie miałam wątpliwości. Podpis : " Isabella Maria Cullen-Swan " należał do jego własciwej posiadaczki. Rzucając wzrok na ankietę nie wykryłam żadnych niedociągnięć. Oficjalnie do liceum miałam przystąpić od rozpoczęcia się nowego semestru, za około cztery miesiące.
- Alice! - krzyknęłam zachwycona, rzucając się jej na szyję. Nawet lodowaty chłód bijący od jej skóry nie powstrzymał mnie od dłuższego uścisku. - Jestes wielka! Jak ty to zrobiłaś?
- Siła perswazji. - odparła. - I obecność Jasper'a. - dodała, uśmiechając się szeroko.
- Alice, Renesmee, jesteście gotowe? - zawołał Edward z korytarza. - A zresztą... Spotkamy sie na miejscu. - mruknął, wychodząc z domu.
- Na co gotowe? - uniosłam pytająco jedną brew do góry, czekając na tłumaczenia.
- Jak to na co? Na mecz baseballa! Tak dawno nie graliśmy! - westchnęła dziewczyna. Chwilę później zaciągnęła mnie do żółtego porsche.
Pogoda była dziś wyjątkowo brzydka. Z nieba spadały duże krople deszczu. Ciemny horyzont co jakiś czas rozświetlał złocisto-jasny piorun. Silny wiatr szarpał koronami drzew. Jednak i ta wrześniowa plucha nie przygasiła mojego dobrego humoru.
.***.
Kiedy doszłyśmy na skraj boiska, który ze czterech stron otaczał gęsty las, wszyscy na nas czekali. Trafiłyśmy na moment podziału grup. Z wielkim uśmiechem na twarzy zajęłam miejsce obok Esme, która zawsze sędziowała, gdyż była najsprawiedliwsza ze wszystkich. Wszystko wskazywało na to, że gracze podzielili się już na drużyny. Edward stał daleko od nas, po lewej stronie, Carlisle pomiędzy pierwszą a drugą bazą, a Alice miała piłkę w dłoni, musiała, więc być miotaczem.
Emmett czekał na piłkę, wymachując aluminiowym kijem. Robił to tak szybko, że niemal nie było go widać. Bijak przecinał wieczorne powietrze, wydając niesamowite, gwiżdżące odgłosy. Spodziewałam się, że chłopak lada chwila przejdzie do ostatniej bazy, ale kiedy przykucnął, gotując się do wybicia, zorientowałam się, że właśnie tam się ona znajduje. Żaden człowiek na miejscu Alice nie zdołałby dorzucić piłki na taką odległość. Jasper, jako łapacz przeciwnej drużyny, stał kilka dobrych metrów za Emmettem. Oczywiście żaden z zawodników nie miał na sobie rękawic. - Wszystko gotowe! Alice, rzucaj! - zawołała Esme. Wiedziałam, że nawet Edward ją usłyszy.
Alice stała wyprostowana jak struna, jakby wcale nie miała zamiaru się poruszyć. Jak gdyby nigdy nic, trzymała piłkę w obu dłoniach na wysokości pasa. Wolała widocznie działać przebiegle, z zaskoczenia, niż drażnić przeciwnika kąśliwymi uwagami. Nagle wygięła się niczym atakująca kobra, jej prawa ręka ledwie mignęła w powietrzu, i już piłka wbiła się z impetem w nadstawiona dłoń Jaspera.
-Czyli Emmettowi się nie udało? - szepnęłam do Esme.
-Skoro Jasper ma piłkę, to nie - odpowiedziała.
Jasper odrzucił piłkę do Alice. Pozwoliła sobie na szeroki uśmiech, po czym ponownie cisnęła ją w kierunku ostatniej bazy.
Tym razem kij jakimś cudem trafił niewidzialny pocisk, o czym powiadomił nas przeraźliwy huk, który odbił się echem od pobliskich gór. Natychmiast zrozumiałam, czemu niezbędna była im burza z piorunami.
Piłka wystrzeliła nad polaną niczym meteor, poszybowała nad drzewami i zaszyła się głęboko w lesie.
-Stracona - mruknęłam.
-Czekaj, czekaj. - Esme nasłuchiwała czegoś z podniesioną jedną ręką. Rozejrzałam się. Emmett miotał się niemal niewidoczny po boisku, chcąc zaliczyć na czas wszystkie bazy. Carlisle biegł za nim. Zorientowałam się, że brakuje Edwarda.
-Złapana! - zawołała Esme, wykonując swoje obowiązki sędziego. Spojrzałam z niedowierzaniem ku ścianie lasu. Edward wyskoczył spomiędzy drzew, trzymając piłkę wysoko w górze. Nawet z tej odległości widać było, że triumfalnie się uśmiecha.
-Emmett uderza z nas wszystkich najmocniej - wyjaśniła mi Esme - ale Edward z kolei najszybciej biega.
Przyglądałam się dalszym rundom z szeroko otwartymi oczami. Mój marny ludzki wzrok nie nadążał ani za piłką, ani za przemieszczającymi się po boisku zawodnikami.
Wkrótce poznałam drugą przyczynę, dla której grano w basebali wyłącznie podczas burzy z piorunami. Pragnąc wywieść Edwarda w pole, Jasper odbił piłkę w stronę Carlisle'a tak, żeby poleciała tuż nad ziemią, po czym Carlisle przechwycił ją i pognał za miotaczem do ostatniej bazy. Kiedy wpadli na siebie, rozległ się taki łoskot, jakby zderzyły się dwa głazy narzutowe. Przeraziłam się nie na żarty, ale wyszli z tej kolizji bez szwanku.
- Bez straty kolejki! - poinformowała Esme pozostałych. Drużyna Emmetta prowadziła o jeden punkt - po szaleńczym biegu przez bazy Rosalie zaliczyła dotknięcie, gdy Emmett stał na pozycji odbijającego - a potem Edward po raz trzeci złapał piłkę. Podbiegł do mnie zaraz z uradowaną miną.
Emmett czekał na piłkę, wymachując aluminiowym kijem. Robił to tak szybko, że niemal nie było go widać. Bijak przecinał wieczorne powietrze, wydając niesamowite, gwiżdżące odgłosy. Spodziewałam się, że chłopak lada chwila przejdzie do ostatniej bazy, ale kiedy przykucnął, gotując się do wybicia, zorientowałam się, że właśnie tam się ona znajduje. Żaden człowiek na miejscu Alice nie zdołałby dorzucić piłki na taką odległość. Jasper, jako łapacz przeciwnej drużyny, stał kilka dobrych metrów za Emmettem. Oczywiście żaden z zawodników nie miał na sobie rękawic. - Wszystko gotowe! Alice, rzucaj! - zawołała Esme. Wiedziałam, że nawet Edward ją usłyszy.
Alice stała wyprostowana jak struna, jakby wcale nie miała zamiaru się poruszyć. Jak gdyby nigdy nic, trzymała piłkę w obu dłoniach na wysokości pasa. Wolała widocznie działać przebiegle, z zaskoczenia, niż drażnić przeciwnika kąśliwymi uwagami. Nagle wygięła się niczym atakująca kobra, jej prawa ręka ledwie mignęła w powietrzu, i już piłka wbiła się z impetem w nadstawiona dłoń Jaspera.
-Czyli Emmettowi się nie udało? - szepnęłam do Esme.
-Skoro Jasper ma piłkę, to nie - odpowiedziała.
Jasper odrzucił piłkę do Alice. Pozwoliła sobie na szeroki uśmiech, po czym ponownie cisnęła ją w kierunku ostatniej bazy.
Tym razem kij jakimś cudem trafił niewidzialny pocisk, o czym powiadomił nas przeraźliwy huk, który odbił się echem od pobliskich gór. Natychmiast zrozumiałam, czemu niezbędna była im burza z piorunami.
Piłka wystrzeliła nad polaną niczym meteor, poszybowała nad drzewami i zaszyła się głęboko w lesie.
-Stracona - mruknęłam.
-Czekaj, czekaj. - Esme nasłuchiwała czegoś z podniesioną jedną ręką. Rozejrzałam się. Emmett miotał się niemal niewidoczny po boisku, chcąc zaliczyć na czas wszystkie bazy. Carlisle biegł za nim. Zorientowałam się, że brakuje Edwarda.
-Złapana! - zawołała Esme, wykonując swoje obowiązki sędziego. Spojrzałam z niedowierzaniem ku ścianie lasu. Edward wyskoczył spomiędzy drzew, trzymając piłkę wysoko w górze. Nawet z tej odległości widać było, że triumfalnie się uśmiecha.
-Emmett uderza z nas wszystkich najmocniej - wyjaśniła mi Esme - ale Edward z kolei najszybciej biega.
Przyglądałam się dalszym rundom z szeroko otwartymi oczami. Mój marny ludzki wzrok nie nadążał ani za piłką, ani za przemieszczającymi się po boisku zawodnikami.
Wkrótce poznałam drugą przyczynę, dla której grano w basebali wyłącznie podczas burzy z piorunami. Pragnąc wywieść Edwarda w pole, Jasper odbił piłkę w stronę Carlisle'a tak, żeby poleciała tuż nad ziemią, po czym Carlisle przechwycił ją i pognał za miotaczem do ostatniej bazy. Kiedy wpadli na siebie, rozległ się taki łoskot, jakby zderzyły się dwa głazy narzutowe. Przeraziłam się nie na żarty, ale wyszli z tej kolizji bez szwanku.
- Bez straty kolejki! - poinformowała Esme pozostałych. Drużyna Emmetta prowadziła o jeden punkt - po szaleńczym biegu przez bazy Rosalie zaliczyła dotknięcie, gdy Emmett stał na pozycji odbijającego - a potem Edward po raz trzeci złapał piłkę. Podbiegł do mnie zaraz z uradowaną miną.
- Jakie wrażenia, Nessie?
- To, co ogląda Charlie to pikuś przy waszym wystąpieniu. - uśmiechnęłam się, a Esme wtórowała swoim śmiechem. - Tak się cieszę, ze mogę wam towarzyszyć!
Edward puścił do mnie oko, po czym wrócił na boisko.
.***.
- To było fantastyczne! - skomentowałam szczerze mecz baseballu. - Szkoda, że mieliście tak długą przerwę, że nie mogłam wcześniej zobaczyć tego zachwycającego widowiska. - dodałam, uśmiechając się delikatnie. Emmett spojrzał na mnie wymownie.
- Twierdzisz, że wyszliśmy z formy, że poprzednio lepiej graliśmy...? - zapytał, czekając na moją odpowiedź.
- Nie wiem, czy poprzednio lepiej graliście, ale z opowiadań mamy było to nie mniej entuzjastyczne. - powiedziałam, a na twarzach wszystkich malował się cień uśmiechu. Ulewa zamieniła się w drobną mżawkę. Ubrana byłam zaledwie w dres i T-shirt, które dawno przemoknęły do suchej nitki. Mimo, iż moje ciało przeszywały pojedyncze dreszcze to dzielnie zwalczałam trudy z niską temperaturą. Bella objęła mnie opiekuńczo, zwracając się do Edwarda:
- Chyba musimy wracać do domu, bo nasz mecz nie każdemu wyjdzie na zdrowie. - uśmiechnęła się, oddając mi swoją bluzę. Chociaż emocjonalnie miałam te dwadzieścia lat, nie miałam nic do zarzucenia, kiedy Bella mnie obejmowała. Uważam, że to był po prostu objaw matczynej troski, a jednak sześć lat to mało, do wyzbycia się tak potężnej cechy.
Kiedy trafiliśmy do naszego skromnego domku, od razu głęboko ziewnęłam.
- Przepraszam, ale dzisiaj jestem wyjątkowo zmęczona. - wydukałam, gdyż powieki same mi się kleiły. Z prowizorycznej kuchni sięgnęłam po butelkę soku wieloowocowego, pocałowałam Bellę i Edwarda na dobranoc, po czym opadłam na miękki materac, zasypiając po pięciu minutach.
- Słowo od autora -
Wierni czytelnicy sagi ZMIERZCH za pewne dojrzą małą powtórkę, mieszczącą się w moim tekście.
Otóż jest to fragment, kiedy cała familia Cullen'ów gra w baseball.
Przyznaję, tekst ściągnęłam z ksiażki. A teraz : dlaczego?
Gdyż całkowicie nie mam pojęcia, jakie są reguły tej gry xd
Poza tym mam nadzieję, że rozdział nie należy do najgorszych i zdobędzie uznanie w Waszych oczach.